Norwegia
czwartek, 21 lipca 2011 23:31

Dalej się nie da...?

Rankiem zrobiliśmy jeszcze podstawowe zakupy, gdyż jak się okazało, na cygańskim kempingu zniknęły nam szczoteczki do zębów. To wcale nie musiała być cygańska wina. Cały poranek chodziliśmy w kółko, powtarzając sobie pod nosem, że szukamy szczoteczek, podczas gdy obok rozbili się Czesi. W ich języku nie oznacza to nic dobrego.

Około południa przekroczyliśmy granicę z Norwegią. Krajobraz zmienił się momentalnie - z zalesionych płaskowyżów trafiliśmy do krainy pagórków i fiordów. Nasz pierwszy przystanek - Karasjok - stolica ludu Samów. Jest to mniejszość etniczna zamieszkująca norweską, fińską i rosyjską Laponię. Mają nawet swój własny parlament, który zwiedziliśmy. Posiedzenia odbywają się w nim w dwóch językach - norweskim i Sapmi.

Kierowaliśmy się dalej na północ. Droga wiodła nad fiordami, była kręta i czasem przecinała wzgórza tunelami. Po kilku godzinach dotarliśmy do wyspy Mageroya. Drogowskazy jednoznacznie wskazywały zbiliżający się Nordkapp. Około 19:00, w pełnym słońcu stanęliśmy na samym krańcu Europy.

Nordkapp. Słońce nie zachodzi tu przez całą noc.

Postanowiliśmy przenocować na dziko. Wybraliśmy uroczy zakątek nad niewielkim jeziorem i rozstawiliśmy namiot.

Zobacz to miejsce w Google Maps

Poranna kawa nad Inari
Parlament Samów w Karasjok
Krótka przerwa na bardzo dalekiej północy Norwegii
Plebania - po drodze na Nordkapp
Od Rovaniemi renifery towarzyszą nam codzień
W drodze na Nordkapp
Kolejny postój
Zabioooorę Cię właśnie tam, gdzie słońce nie zachodzi :) Nordkapp
Koniec świata
Przylądek północny
Płaskowyże w okolicach Nordkapp
Kuchenka - genialny zakup. Warto było wykazać cierpliwość w poszukiwaniach naboi gazowych
Nasz kemping

 
czwartek, 21 lipca 2011 23:35

Na południe

Poranek na Nordkappie przywitał nas deszczem, więc w pośpiechu złożyliśmy namiot i cały sprzęt i wrzuciliśmy go do samochodu. Po drodze zjeździliśmy niemal całą wyspę. Wszystkie jednak wioski są niemal identyczne - szereg kolorowych domków, kościół z cmentarzem i port rybacki. Opuściliśmy wyspę kierując się w stronę Hammerfest - najdalej na północ wysuniętego miasta na świecie.

Pierwsze oblicze Hammerfestu - nieco mroczna dzielnica portowo-przemysłowa - nie zrobiła na nas dużego wrażenia. Jedyną atrakcją był pomnik upamiętniający zakończenie w Hammerfest pierwszego pomiaru spłaszczenia kuli ziemskiej na biegunach. Zrezygnowani ruszyliśmy w stronę Alty. Przejeżdżając jeszcze raz przez centrum miasta postanowiliśmy dać mu drugą szansę. Zmieniliśmy zdanie o Hammerfest. Na chwilę nawet wyszło słońce, a napój z mango i banana smakował jak nigdzie.

Po drodze do Alty zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu na małe gotowanie. Kuchenka to rewelacyjny zakup, a potrawy, które dostaliśmy od rodziny smakują podwójnie.

W Alcie znajduje się muzeum z odkrytymi tutaj rysunkami naskalnymi sprzed 6000 lat. Dotarliśmy do niego niedługo przed zamknięciem na szczęście większość ekspozycji jest poza budynkiem i wypędził nas dopiero rzęsisty deszcz.

Zmęczeni chodzeniem po parku z eksponatami ruszyliśmy w stronę Narwiku. Ania po drodze otworzyła jednak przewodnik i zachęciła nas do zahaczenia o Tromso, do którego zamierzamy dotrzeć jutro.

Zjeżdżamy wyspę wzdłuż i wszerz
Jedna z miejscowości na wyspie Mageroya, na której znajduje się też Nordkapp
Typowy widok - wszystkie kościoły w norweskich miasteczkach są identyczne
Pierwsze oblicze Hammerfest - Meridianstotten
Drugie oblicze Hammerfest - widok z góry na miasto
W drodze do Alty
Ryty naskalne w Alcie sprzed 6000 lat
Park wokół muzeum w Alcie
Z muzeum wygonił nas dopiero deszcz
Na południe...

 
sobota, 23 lipca 2011 11:03

Norweski korek

Na kemping dojechaliśmy wczoraj na tyle późno, że recepcja była zamknięta. Mimo wielu prób nie udało się znaleźć nikogo z właścicieli. Postanowiliśmy mimo wszystko rozbić namiot, a wszelkie należności uregulować rano. Rano jednak też nie zastaliśmy nikogo z właścicieli, więc zwinęliśmy namiot i po śniadaniu ruszyliśmy w stronę Tromso, do którego pozostało nam jeszcze około 250 kilometrów.

GPS twierdził, że dotrzemy do tego miasta około 14:30. Niestety jakieś 50 km przed Tromso skierowano nas na najwęższy objazd na świecie. Po kilku kilometrach utknęliśmy w gigantycznym korku, spowodowanym najprawdopodobniej przez nie mogące się wyminąć na wąskiej drodze tir-y. Ostatecznie do Tromso dotarliśmy dobrze po 17-tej.

Czym prędzej skierowaliśmy się do muzeum - centrum arktycznego Polaria. Zgodnie stwierdziliśmy, że było to jedno z najfajniejszych muzeów, w jakim zdarzyło nam się być. Panoramiczny film o Svalbard, niesamowita inscenizacja nocy polarnej, basen z fokami z oszklonym tunelem, akwaria z krewetkami, symulator nawigacji statkiem,  pokaz zdjęć zorzy polarnej, robienie fal w zbiornikach z krabami... nie nudziliśmy się ani przez moment.

Potem skierowaliśmy się do nowoczesnej katedry, mającej przypominać z kształtu górę lodową, a następnie wróciliśmy do centrum na kawę. Po drodze dowiedzieliśmy się o zamachach w Oslo. Z wiadomości telewizyjnych wynika, że żyje tym nie tylko Norwegia, ale i cały świat.

Dalej kierujemy się do Narwiku. Po drodze na kemping zatrzymaliśmy się jeszcze na kolację z zupek chińskich.

Poranek na kempingu między Altą a Tromso
Gotuj z Majklowiczem
Norweskie krajobrazy
Norweskie krajobrazy
Najwęższy objazd świata - gigantyczny korek powstał przez mijające się tiry
Muzeum polarne w Tromso
Tromso - Katedra Polarna nawiązująca architekturą do góry lodowej
Centrum Tromso
Marina w Tromso
Godzina 22:30, a słońce jeszcze dość wysoko na niebie

 
sobota, 23 lipca 2011 23:15

Krok w przeszłość

Dzisiejszy poranek trochę nam się rozciągnął w czasie i zapanowało błogie lenistwo. Zaplanowaliśmy, że dziś zwiedzimy Narwik, a w związku z tym, że nasz kemping znajdował się około 80 kilometrów od tego miasta - postanowiliśmy się nie spieszyć. W spokoju zjedliśmy więc śniadanie - sałatka z tuńczyka przyrządzona przez Anię była nieziemska i stanowiła doskonałą odmianę po tygodniu śniadań w postaci pasztetu lub konserwy.

W plecaku z laptopem znalezlismy nasze szczoteczki do zębów i pastę.

W Narwiku zastał nas deszcz. Skierowaliśmy się w stronę Muzeum Wojny, poświęconemu bitwie o Narwik z 1940 roku. Hitlerowcy odnieśli tutaj pierwszą klęskę, a bitwa zapisała się także w polskiej historii ze względu na udział polskich niszczycieli: Grom i Błyskawica. Pierwszy z nich pozostał we fiordach otaczających Narwik wraz z 59 polskimi marynarzami. Nad brzegiem fiordu, w którym spoczywa Grom, stoi dziś pomnik ku ich czci. Drugi z bliźniaczych niszczycieli stoi w Gdyni i służy za muzeum.

Miasto zrobiło na nas dość ponure wrażenie, być może ze względu na pogodę i typowo przemysłowy charakter. Do Narwiku codziennie transportowana jest koleją ze szwedzkiej Kiruny ruda żelaza. Wracając do samochodu widzieliśmy potwornie długi pociąg wypełniony po brzegi tym surowcem.

Skierowaliśmy się w stronę Lofotów. Pogoda niewiele się poprawiła, postanowiliśmy więc znaleźć kemping trochę wcześniej niż zazwyczaj i już około 21 mieliśmy rozbity nasz namiot. Słońce było jeszcze wysoko na niebie, wykorzystaliśmy wieczór na odpoczynek i prześledzenie w internecie wiadomości z Oslo.

Kuchnia na kempingu - w tle wiadomości z Oslo
Katedra w Narwiku
Narwik - muzeum wojny
Pomnik polskich marynarzy z zatopionego niszczyciela Grom
Most na Lofoty

 
niedziela, 24 lipca 2011 23:26

Leniwe Lofoty

Poprzedni kemping rozbiliśmy nie tyle na Lofotach, co na Vesteralen. Dość szybko udało nam się zebrać z kempingu. Już przed 10-tą byliśmy w drodze na właściwe Lofoty. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od głównego miasta - "stolicy" Lofotów - Svolvaer. Właściwie wszystkie miasteczka wyglądają tutaj podobnie - port, do którego raz dziennie zawija wycieczkowiec Hurtigruten (linii turystycznej wiodącej po fiordach), kościół i mały rynek, na którym mimo niedzieli toczy się leniwe i raczej turystyczne życie. Zawitaliśmy do jednej z kawiarni na drugie śniadanie w postaci wielkich bułek napakowanych krewetkami. Pyszności.

W ciągu dnia objechaliśmy w zasadzie całe Lofoty (około 250 km), zaglądając do co ciekawszych osad rybackich. W jednej z nich spotkaliśmy Polaków, będących, jak to określili, "w delegacji". Zapraszali nas na nocleg i mięso z wieloryba. Nie skorzystaliśmy.

Zawitaliśmy również na sam koniec Lofotów - do miejscowości o dźwięcznej nazwie: A. Poza portem i tablicą z nazwą miejscowości (którą zresztą początkowo przeoczyliśmy) nie ma tam nic.

Lofoty to przede wszystkim piękne krajobrazy. W ciągu dnia trochę się ociepliło - było nawet 19 stopni, często więc zatrzymywaliśmy się po drodze, by zaczerpnąć trochę słońca i zrobić kilka zdjęć. Wieczorem dotarliśmy na kemping w pobliżu Svolvaer. Pełno tu Polaków. Jutro ruszamy z powrotem na północ, na Vesteralen.

Krajobrazy Lofotów
Krajobrazy Lofotów
Zwiedzamy archipelag
Przystań w Svolvaer
Drugie śniadanie na wypasie
Katedra Lofotów pod Svolvaer
Suszenie ryb
W drodze na południe Lofotów
Miejscowość A z kropką
Rorbuer - typowe norweskie domki, można wynająć w nich pokój
Krajobrazy Lofotów - ciąg dalszy

 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 3 następna > ostatnia >>

Strona 1 z 3
011.jpg
Forum podróżnicze